W czwartek wybrałam się do Warszawy, podczas startu samolotu pomyślałam jak życie szybko ucieka. Tak jak samolot, chwilę jesteś na pasie, a zaraz potem w chmurach na wysokości kilku kilometrów. Widoki z okna same wprawiają w nostalgiczny nastrój, nic nie jest takie jak na ziemi. Przekroczyłam kolejną granicę i byłam (a właściwie to nadal jestem) z siebie dumna. Jeśli mnie znacie, to wiecie że wszędzie widzę zagrożenie, a przynajmniej zawsze obmyślam plan ucieczki "w razie czego". Nie ufam ludziom, a zwłaszcza tym pięknym. Ted Bundy i Richard Ramirez też byli przystojni. W zasadzie to wybrałam się do stolicy w celu zrobienia badań wymaganych do pracy. Zdecydowałam, że polecę samolotem bo nic poza nim nie wchodziło w grę ze względu na czas. Byłam pewna, że ktoś potowarzyszy mi w podróży, ale koniec końców okazało się, że polecę sama. Na kilka dni przed lotem nie mogłam spać, ciągle się trzęsłam i stresowałam bardziej niż przed maturą. Wow mam 21 lat, a czasami nadal boję się robić rzeczy, które inni robią codziennie. Uczę się bycia odważną, ale nadal pozostaję czujna (co denerwuje wiele osób bo zadaję mnóstwo pytań dotyczących tego co mogłoby się stać). Lot miałam o 5:30 rano, wstałam o 2:20am po trzech godzinach snu. Na lotnisko zawiozła mnie kochana duszyczka Sara, za co jestem jej wdzięczna z całego serduszka. Z racji tego, że odprawiłam się 24 godziny wcześniej to mogłam od razu pójść na security check. Muszę się wam przyznać, że z tego podekscytowania i stresu zachowywałam się jak gdybym była po raz pierwszy na lotnisku. Udało mi się jednak znaleźć swój gate i czekało mnie siedzenie na twardym krześle półtorej godziny. Czułam jakby zaraz jedno z moich marzeń miało się spełnić, pierwszy lot od 5 lat. Na 30 minut przed odlotem zauważyłam jak załoga zmierza w kierunku gate'u. Osobiście uważam, że wygląda to cudownie, stewardessy zawsze wyglądają perfekcyjnie, a na widok pilotów czuć duży respekt. W dodatku jak załoga idzie całą grupą z głowami do góry i pięknymi uśmiechami. Koło 20 minut później mogliśmy ustawić się w kolejce do wejścia na pokład. Idąc w stronę autobusu, który zawozi pasażerów nadal się trzęsłam, czułam jakbym jednak robiła coś nielegalnego, to dziwne, prawda? Miałam wrażenie, jakby ludzie sobie myśleli "czemu ona się tak trzęsie? Zimno jej czy co? Padaka?" W końcu upragniony moment wejścia do samolotu, Czułam się na właściwym miejscu, usiadłam w fotelu od strony okna (pamiętajcie, żeby nie wybierać miejsca nr 11A/11D jeśli lecicie Q400, no chyba że chcecie wychylać się do przodu/tyłu by zobaczyć widoki z okna. Tak miejsce jest centralnie pomiędzy dwoma oknami...) przy starcie oczywiście odczułam wciśnięcie w fotel, ale też wielką dumę bo kapitanem była kobieta. Na nasze czasy zdarza się to stosunkowo rzadko. Podłączyłam słuchawki i włączyłam Spotify. Pierwszą piosenką z playlisty była AKMU // Dinosaur, strasznie ją lubię. Było tak jak myślałam, nie zdążyłam nacieszyć się widokami a już trzeba było lądować. Około godzinny lot minął mi jak 10 minut. Było warto. Wysiadając z samolotu nadal było jeszcze ciemno, spojrzałam na słynny napis na budynku lotniska i w myślach miałam wszystkie momenty, w których oglądałam starty i lądowania na kamerce lotniskowej, te kilka artykułów na temat lądowania Kapitana Wrony, filmiki dotyczące katastrofy w Lesie Kabackim, pierwsze lądowanie Airbusa A380. W tamtej chwili byłam wdzięczna, że mogę tu być, doceniam nawet tak małe rzeczy jak lot do Warszawy. Zauważyłam, że kiedy człowiek jest wdzięczny to aż lepiej się czuje i bardzo to wszystkim polecam. Na pewno znajdą się takie osoby, które stwierdzą że za mocno wszystko przeżywam, ale właściwie to takim człowiekiem jestem. Wszystkie emocje odczuwam bardzo mocno, jak się cieszę to jestem najszczęśliwszym człowiekiem na świecie, jak płaczę to jestem największą beksą na świecie. To ma dobre i słabe strony, ale ja patrzę tylko na te pozytywne. Wracając do lotniska - miałam jeszcze sporo czasu więc zdecydowałam, że znajdę informację na temat lotu powrotnego, który gate, gdzie jest security check, gdzie mam się w ogóle kierować. Takie rzeczy ogarnęłam z łatwością, ale drzwi z napisem "WYJŚCIE" już nie zauważyłam, dopiero musiał podejść do mnie jeden z pracowników i wskazać drzwi, które znajdowały się centralnie na przeciwko mnie... Było okropnie zimno, a może to po prostu ja nie dostosowałam się do pogody. Chwilę oczywiście błądziłam bo nie wiedziałam gdzie mam stanąć by podjechał po mnie Bolt. Osoba która nie ufa ludziom nie korzysta z usług taksówkarzy (mówię o sobie!), a tutaj przyszło mi przekroczyć kolejną granicę i wsiąść do samochodu obcego mężczyzny (i nie, nie przegadacie mi, że wszystko jest bezpieczne. Jestem uparta. Nie i koniec.) Udało się, miałam potwierdzony przejazd, czekałam 11 minut, aż tu nagle komunikat że kierowca anulował przejazd. No i zaczęła się panika bo co jak kolejny zrobi to samo? Co jeśli nie zdążę na czas? Instant anxiety. Na moje szczęście drugi kierowca przyjechał w 5 minut i wsiadłam. Po około 20 minutach dotarliśmy na miejsce, problem był w tym że nigdzie nie widziałam przychodni. Mimo to wysiadłam z samochodu bo na mapie pokazywało, że to tu. Weszłam na chodnik i zaczęłam się ślizgać jak zawodowa łyżwiarka, a za plecami usłyszałam śmiech robotników. Cieszę się, że poprawiłam im humor. Spaliłam buraka i pojechałam na butach do przodu. Przeszłam budynek dookoła i szukałam napisu nazwy przychodni. SUKCES! Skurczybyk się schował w rogu, podeszłam do drzwi gdzie czekała jedna dziewczyna, stwierdziłam że zagadam (jakkolwiek to brzmi). Okazało się, że też przyjechała na badania. Wszystkie osoby, które spotkałam były naprawdę bardzo miłe i pomocne. Wypełniłam mnóstwo papierów, poszłam na badanie krwi i zabrałam ze sobą kubek z moczem. Nie byłabym sobą gdybym nie narobiła sobie wstydu, co nie? Kubeczek wypadł mi z rąk i oczywiście pękł. Przypominam, że drzwi od gabinetu były otwarte, a tuż za nimi była maleńka poczekalnia w której siedziało kilku pilotów i dwie stewardessy. Mocz rozlał się po podłodze. Wstyd jak cholera, no ale trudno, zdarza się. Szybko to sprzątnęłam, nie mam pojęcia czy ktoś z czekających w poczekalni to widział, oby nie. Papiery, które wypełniałam 20 minut też zalałam. Czekało mnie ponowne wypełnianie i w końcu mogłam pójść do reszty lekarzy. Nigdy nie proście mnie żebym wam potowarzyszyła bo nie dość, że narobię wstydu sobie to jeszcze wam. No dobra, może przesadzam, czasami jest śmiesznie!
Po badaniach, mocnych wrażeniach i bolącej po pobieraniu krwi ręce, pożegnałam się i ruszyłam w stronę... Sama nie wiem gdzie. Stanęłam sobie gdzieś i zamówiłam przejazd na lotnisko. Razem z kierowcą nie mogliśmy się znaleźć, całe szczęście że trafiły na siebie dwie wyrozumiałe osoby. Właściwie miałam jeszcze dużo czasu do lotu powrotnego, ale postanowiłam że pooglądam sobie starty i lądowania. To było do przewidzenia. W samochodzie patrzyłam w okno, zwracałam uwagę na ludzi, budynki, słuchałam hitów z Tomorrowland, które głośno puścił obywatel Ukrainy. Miałam wrażenie, że pokonujemy jakiś labirynt żeby dostać się przed terminale. Niby było się obok lotniska, ale nigdzie nie było wjazdu. Chyba bym spanikowała gdybym sama miała prowadzić. Dojechaliśmy na miejsce, Pan Andriej był naprawdę bardzo miły, podziękowałam i wysiadłam. Udałam się do hali odlotów i usiadłam na krześle żeby zadzwonić do brata powiedzieć gdzie aktualnie się znajduję, gdyby ktoś się bardzo martwił i umierał z tęsknoty! Na przykład mój pies. Zaczęłam czuć się jakoś pewniej i na swoim miejscu, może moje wyższe "Ja" w ten sposób mówiło mi: "To tutaj będziesz pracować"? Zobaczymy w przyszłości. Przeszłam przez bramki, musiałam wyrzucić wodę, nie napiłam się ani łyka. Shame on me, wyszłam złym wyjściem po przylocie do Warszawy. Szłam korytarzami, które były pełne kawiarenek i sklepów. Dotarłam, mój gate był ulokowany w idealnym miejscu, skąd mogłam oglądać starty i lądowania i podziwiać wiele typów samolotów. Siedziałam sobie tak ze dwie godziny, robiłam zdjęcia i nagrywałam. Później ustawiłam się w kolejce do wejścia na pokład. Siedząc już w swoim fotelu wyglądałam przez okno, a właściwie dwa okna. Co chwilę bujałam się raz do przodu, raz do tyłu żeby jak najlepiej widzieć, w Embraerze 195 ta przerwa między oknami jest jeszcze większa. Słońce powoli zachodziło i cieszyłam się, że mogłam je zobaczyć znad chmur. Wyglądało to cudownie. Było mi trochę przykro opuszczać stolicę i płytę lotniska, czułam że nie nacieszyłam się wystarczająco. W dodatku nie wiem w jaki sposób to zrobiłam, ale źle zapięłam pasy... Wszyscy pasażerowie zdążyli już wstać ze swoich miejsc i wyciągać bagaże z górnych schowków, a ja siedziałam jak ten debil i stwierdziłam, że przecież pomyślą że chcę ich przepuścić pierwszych do wyjścia bo taka kulturalna jestem. Zakryłam nogi swoją chustą i powoli przesunęłam się do oparcia fotela, podniosłam jedną nogę ciągle patrząc czy ktoś na mnie patrzy, a potem drugą. Udało mi się wydostać, całe szczęście. Pewnie pomyślicie teraz "ale dlaczego nie zawołałaś kogoś z załogi?" No więc chodzi o to, że cały korytarz był zawalony stojącymi ludźmi z bagażami, a ja nie lubię prosić o pomoc. W Krakowie poczułam się bardzo nostalgicznie i nie miałam ochoty wracać do domu przez to, że wiedziałam jak długo zajmie mi podróż do niego. Jeden autobus, potem drugi no i jeszcze problem z tramwajami więc dodatkowo trzeci autobus. Wylądowałam o 16:05, a w domu byłam koło 19:00 także możecie sobie wyobrazić jak bardzo zmęczona byłam, nic nie jadłam bo nie było nawet jak, o wodzie też już nie wspomnę. W autobusach co chwilę usypiałam, głowa leciała mi do przodu i buzia się otwierała (bo zawsze zasypiam z otwartą, głupio to wygląda). W domu wzięłam tylko prysznic i usnęłam, spałam 12 godzin. To kto wyrusza ze mną w następną podróż narobić wstydu?
I'll bless you with this photo:

Komentarze
Prześlij komentarz